Bryan Ferry wystąpił w Krakowie

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×
foto: A. Degórska

foto: A. Degórska

Lubię opowiadać historię, jak to się stało, że dawno, dawno temu sięgnęłam po dyskografię Roxy Music. Wszystko zaczęło się, gdy przeglądając kolekcję winyli mojego taty natrafiłam na „Avalon”. Zaciekawiła mnie okładka płyty i zapytałam jaki gatunek muzyczny wykonuje ten zespół, na co tata odpowiedział: „To jest muzyka rockowa z elektronicznymi smaczkami”. Mój tata zapomniał o tym zdarzeniu, ale ja nie. Był to pierwszy moment, gdy postanowiłam przesłuchać „Avalon”. Skończyło się na tym, że kupiłam płytę CD i potem jeszcze kilka innych płyt, bo po prostu lubię dobrze skonstruowane melodie z ciekawymi aranżacjami i fajnym wokalem – to wszystko znalazłam w Roxy Music. Nie mogę się nazwać wielkim fanem tego zespołu, ale gdy dowiedziałam się, że wokalista zespołu, Bryan Ferry, pojawi się w Krakowie 29 maja 2017 podjęłam szybką decyzję – muszę tam być.

W konsekwencji od momentu kupna biletu czekałam niecierpliwie na ten koncert. Teraz mogę go wykreślić z mojej listy wymarzonych występów, które postanowiłam koniecznie zobaczyć. Bryan Ferry wystąpił w sali Ice Kraków, w której nigdy do tej pory nie byłam. Nowoczesne wnętrze i dobra akustyka spowodowały, że chętnie wybiorę się na jakiś kolejny koncert w tym obiekcie. Na każdym występie lubię przyglądać się publiczności, w końcu słuchana przez nas muzyka może wiele o nas powiedzieć. Na krakowskim show Ferry’ego pojawiło się wiele elegancko ubranych osób i większość widowni stanowiły osoby w średnim wieku. Ogólnie panowała bardzo elegancka atmosfera, nie brakowało dobrego wina, a stoisko z gadżetami Ferry’ego było cały czas oblegane. Szkoda, że znowu trafiłam na dużą rozmiarówkę, musiałam się obejść smakiem i nie kupiłam wymarzonej koszulki z nagimi paniami z okładki płyty Roxy Music „Country Life”.

Jako suport zagrała Judith Owen, która została bardzo gorąco przyjęta przez publiczność. Chyba łatwo zatem się domyślić co działo się na widowni, gdy na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru. Takiej wrzawy już dawno nie słyszałam.

foto: A. Degórska

foto: A. Degórska

Sądziłam, że muzyk w Krakowie wykona piosenki z ostatniej solowej płyty zatytułowanej „Avonmore”. Specjalnie nie patrzyłam na setlisty wcześniejszych koncertów i okazało się, że występ był zdominowany przez piosenki Roxy Music. Oczywiście nie zabrakło solowych przebojów, jak chociażby „Slave To Love”, choć osobiście brakowało mi innego jego hitu – „Don’t Stop The Dance”.

Występ rozpoczął się jednak od „The Main Thing” i od razu w oczy rzucało się ciekawe oświetlenie sceny. Każdy fotograf nieźle musiałbym się napocić, żeby zrobić dobre zdjęcia, bowiem często brakowało punktowego podświetlenia Ferry’ego. Jednak neony przy podestach, na których stali muzycy, dyskotekowa kula oraz inne wizualizacje pokazywane na kotarze za artystami robiły piorunujące wrażenie. W sumie jest to dobry zabieg, który uatrakcyjnia koncert, bowiem wokalista nie jest spektakularnym showmanem. Bryan Ferry elegancko kołysał się przy mikrofonie i pomimo 72 lat na karku nadal potrafi oczarować dosłownie każdego.

foto: A. Degórska

foto: A. Degórska

Nikt bowiem nie może być obojętny wobec takich piosenek Roxy Music, jak chociażby „Tara”, „If There Is Something”, „Avalon” czy „Re-Make/Re-Model”. Warto również wspomnieć o znakomitej grupie muzyków pochodzących z różnych krajów i reprezentujących naprawdę świetny poziom jeśli chodzi o muzyczny kunszt. Szczególną uwagę zwróciłam na saksofonistkę, która nie dość, że grając solo powodowała gęsią skórkę to również bosko wyglądała w czarnym kombinezonie i krótkiej ciemnej fryzurze przypominając mi jedną z modelek z klipu „Don’t Stop The Dance”.

foto: A. Degórska

foto: A. Degórska

Jednak od momentu wykonania kawałka „Love Is the Drug” koncert zaczął przyspieszać. Kolejno usłyszeliśmy „Virginia Plain”, który Ferry zapowiedział jako najstarszy utwór, bowiem pochodzi on z debiutanckiej płyty Roxy Music. Następnie kapela zagrała „Let’s Stick Together”, „Do the Stand”, by zakończyć koncert wykonując na bis cover Johna Lennona „Jealous Guy”. Publiczność jeszcze długo klaskała domagając się kolejnego bisu, ale niestety z głośników popłynęło nagranie Ferry’ego wykonującego „Johnny & Mary”, który w oryginale zaśpiewał Robert Palmer zwiastując koniec eventu.

Myślę, że sam artysta był zaskoczony tak gorącym przyjęciem ze strony krakowskiej publiczności i nie spodziewał się aplauzu na stojąco. Bryan Ferry zawsze kojarzył mi się z eleganckim facetem, który tworzy równie elegancką muzykę i spodziewałam się, że koncert będzie jedną wielką dystyngowaną imprezą. Tak też było. Muzyka glamrockowa wywarła na mnie mocny wpływ, zatem cieszę się, że mogłam zobaczyć jednego z przedstawicieli tego gatunku na żywo. Zawsze stresuje się przed koncertami, które są dla mnie ważne – boję się, że artysta nie spełni moich oczekiwań i do momentu, aż pojawi się na scenie siedzę jak na szpilkach. Ferry jednak jest mistrzem swojego fachu i w sumie odnosi się wrażenie, że za bardzo nie musiał się też starać, bo i tak swój fach ma w małym palcu i jego koncerty są dopięte na ostatni guzik. Nic dodać, nic ująć, Ferry podniósł wysoko poprzeczkę i nie wiem kiedy ponownie usłyszę tak dobry koncert.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.