Subiektywne podsumowanie 2016

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×
foto: A. Degórska

foto: A. Degórska

W tym roku wydarzyło się naprawdę wiele – zaliczyłam kilka festiwali muzycznych, niezliczoną liczbę koncertów i każdego dnia odkrywałam nowe dźwięki. Postanowiłam zatem wybrać te szczególne muzyczne momenty, które zapadły mi w pamięć.

Czasami zastanawiam się, czy można jakoś określić muzykę, która jest „moja”. Potrafię cały dzień słuchać Michaela Buble, by pod koniec dnia zasypiać przy nowej EP-ce Nine Inch Nails. Następnego dnia natomiast stwierdzam, że lubię zarówno Buble i Reznora, choć tak bardzo różnią się ich muzyczne światy. Po imprezie „Metallica Night” słucham marudnego Morrisseya, zaś Duran Duran przeplatam smutnymi piosenkami Soft Moon. Jeśli chodzi o muzykę to jestem bardzo niestała w uczuciach.

Oto subiektywna lista podsumowująca ten rok – pewnie część artystów czy utworów znacie, ale może też znajdziecie nowe brzmienia, których wcześniej nie znaliście. Na to właśnie liczę.

Płyta roku: Sexy Suicide – „Intruder”

Myśląc o tej kategorii długo miałam wątpliwości – zastanawiałam się, czy wybrać krążki Davida Bowiego, Sexy Suicide, Shury, White Lies, Iggy’ego Popa, Łąki Łan czy Johna Legenda. Lista pretendentów była naprawdę długa. Stwierdziłam jednak, że dokonam wyboru bardzo subiektywnie, bardziej sugerując się tym, że ta płyta była urodzinową niespodzianką, która towarzyszyła mi wiele dni i nocy. Polski duet tworzący Sexy Suicide czerpie garściami z lat 80. i od razu w ich twórczości można usłyszeć nawiązania do dźwięków Depeche Mode. Początkowo marudziłam, że to takie odtwórcze, ale szybko osoba, od której dostałam ten prezent przekonała mnie, że jest to fajna podróż do lat 80. w nowej, przyjemnej odsłonie.

Utwór roku: Twilight Sad – „It Never Was The Same”

Tej piosenki mogłam słuchać w kółko przez pół dnia. O zespole dowiedziałam się całkiem przypadkowo – grał on jako suport przed The Cure w Łodzi i kumpel, który lubi przygnębiającą muzykę polecił mi, żebym przesłuchała twórczość szkockiej post-punkowej grupy. Jeśli jakiś zespół ma w swojej nazwie księżyc to smutne dźwięki są gwarantowane. Już wcześniej polecałam Wam ten numer, ale kolejny raz to zrobię, bo to jedna z tych nielicznych piosenek, które chwytają za serce i wyciskają szczere łzy.

Debiut roku: Shura – „Nothings Real”

Zainteresowałam się tą wokalistką ze względu na rosyjskie imię. Okazało się, że Brytyjka ma rosyjskie korzenie i sympatycznie śpiewa, bardzo dziewczęco i autentycznie. Sięgnęłam zatem po jej płytę i od pierwszych dźwięków zakochałam się w jej anemicznym głosie. Nie przepadam za taką manierą śpiewu, ale jest coś nieco niechlujnego i zarazem bardzo prawdziwego w jej głosie, co powoduje, że na moment mam wrażenie jakby czas wolniej płynął. Jej płyta to bardzo sympatyczne dźwięki dla osób, które lubią ambitniejsze, ale nieprzekombinowanie popowo-elektroniczne granie.

Teledysk roku: Biffy Clyro – „Animal Style”

Szczęka mi opadła, gdy zobaczyłam ten klip. Niby nic odkrywczego – zespół gra numer w sporej hali ukazując swoje ludzkie oraz „zwierzęce” oblicze. Wszystko jednak jest pokazane w taki sposób, że człowiek wychodzi z siebie. Kadry przedstawiające, jak muzycy niszczą instrumenty, mają opętany wzrok, czy dziko się poruszają – wszystko zmontowane jest w taki sposób, by oddać dynamizm tego utworu. „Animal Style” to moja ulubiona piosenka z płyty „Ellipsis”, która posiada świetną okładkę. Na warszawskim koncercie podczas tego kawałka również zamieniłam się w dzikie zwierzę i pragnę całym sercem znów przybrać postać bestii podczas kolejnego występu zespołu.

Artysta roku: Baasch

Dlaczego? Odkąd wydał krążek „Corridors” jego muzyka zaczęła mi często towarzyszyć. Lubię wracać do tej płyty wypełnionej elektronicznym mrokiem. Co więcej miałam przyjemność usłyszeć dwa razy Baascha na żywo i za każdym razem był to naprawdę świetny koncert. Polska scena elektroniczna chyba jeszcze nigdy nie miała się tak dobrze, jak przez ostatnie lata. Baasch jest tego najlepszym przykładem – świetnie wyprodukowana płyta, ciekawe klipy, przepełnione emocjami koncerty i album z remixami zatytułowany „RE_CORR”. Baasch wydaje się być sympatycznym kolesiem, który żyje w swoim niesamowitym muzycznym świecie, a gdy już Cię zaczaruje i odwiedzisz tę krainę to nie masz ochoty jej opuszczać.

Okładka roku: John Legend – „Darkness and Light”

Po tę płytę sięgnęłam właśnie ze względu na okładkę – nie jestem zwolenniczką minimalizmu, ale czarno białe zdjęcie Johna wyłaniającego się z ciemności jest dla mnie strzałem w dziesiątkę. Idealnie pasuje do zawartości płyty, bo Legend stworzył bardzo intymny i na swój sposób mroczny repertuar. Nie jest to jednak przygnębiający mrok w stylu post-punkowych smutnych piosenek, które często słucham wieczorami. Jest to raczej przyjemny mrok w pokoju, w którym czujesz się bezpiecznie chowając się pod kołdrą. Ta płyta jest zdecydowanie najfajniejszym albumem w dorobku Johna, choć osobiście wyrzuciłabym singiel „Love Me Now”, bo słychać, że jest on stworzony z myślą o zawojowaniu list przebojów. Moim faworytem jest niegrzeczny „What You Do To Me”, w którym Legend seksownie flirtuje ze słuchaczem. Miłość od pierwszego wejrzenia (ze względu na okładkę) oraz od pierwszego przesłuchania!!!

Koncertówka roku: Joe Bonamassa – „Live at the Greek Theatre”

Nie dość, że mistrz gitary wydał w 2016 roku świetny studyjny album „Blues of Desperation” to również opublikował koncertówkę „Live at the Greek Theatre”. Ten właśnie krążek kupiłam na prezent dla mojego taty i jeszcze przed podarowaniem płyty musiałam ją rozpakować, bo chciałam usłyszeć, co też jest w środku. Materiał zarejestrowany podczas koncertu w Los Angeles to ukłon w stronę „trzech Króli” -  Freddiego Kinga, Alberta Kinga i BB Kinga. Bonamasa wymiata na gitarze jak nikt, w dodatku ma przyjemną barwę głosu (czy tylko mi ten wokal przypomina Paula Rodgersa???). Bardzo podobają mi się chórzystki, które nie bały się ryknąć w mikrofon dodając do tej energicznej bluesowej muzyczki sporo pieprzu.

Koncert roku: The Cure w Łodzi

Z tą kategorią miałam najwięcej kłopotu zastanawiając się, który występ był dla mnie najważniejszy – Half Moon Run, Rammstein czy The Cure? Właśnie te koncerty zasługują na wyróżnienie w tej kategorii, bo były to niesamowite występy i jednocześnie bardzo różne od siebie. Jednak pierwsze miejsce należy się The Cure, bo na jego występ czekałam obgryzając paznokcie od momentu ogłoszenia, że zespół zagra w Łodzi. Przez 3 godziny odleciałam na inną planetę i nie chciałam wracać na Ziemię. Usłyszałam piosenki, które wiele dla mnie znaczą i przekonałam się, że muzyka The Cure nadal potrafi wstrząsnąć na żywo i wyciskać łzy. To było niesamowite doświadczenie, szalony wypad do Łodzi, który będę długo pamiętać.

Festiwal roku: Kraków Live Festival

Równie szalonym wypadem był mój wyjazd do Krakowa. Na festiwal skusiłam się ze względu na występ Muse, ale praktycznie wszystkie koncerty, które zaliczyłam w ramach tej imprezy były świetne… może z wyjątkiem show Sii, które trochę nudzi, bo nie wiadomo czy wokalistka śpiewa, czy tylko udaje i przygląda się jak tancerze odwalają za nią robotę. Massive Attack, Roisin Murphy, The Chemical Brothers, Muse, Cage The Elephant, Jóga, Organek, The Neighbourhood – wszyscy Ci artyści dali świetne koncerty i ciężko wybrać jeden najlepszy. Na występie Massive Attack miałam łzy w oczach, po The Chemical Brothers myślałam, że mi odpadną nogi, tak samo jak po Cage The Elephant, zaś Roisin Murphy mnie bardzo zaintrygowała ciekawym show. Na festiwalu panowała świetna atmosfera i co ważne – impreza była świetnie zorganizowana. W 2017 koniecznie muszę się wybrać ponownie na ten festiwal!

Rozczarowanie roku: Koncert The Prodigy na Ollesummer 2016

Cieszyłam się, że w końcu usłyszę tych wariatów na żywo i liczyłam, że to będzie najlepszy występ na tym festiwalu. Nie był… Na koncert przyszły dzikie tłumy i przez kilka piosenek walczyłam o przetrwanie. Gdy w końcu znalazłam trochę miejsca i zaczęłam w spokoju słuchać występu to dochodziły do mnie tylko głuche dźwięki „bum, bum, bum”. Dobrze, że znałam repertuar kapeli, bo inaczej nie miałabym bladego pojęcia co akurat grają. Słyszałam, że The Prodigy nie sprawdza się na dużych koncertach i rzeczywiście zespół nie zdołał mnie porwać…

Muzyczna książka roku: Phil Collins - „Jeszcze nie umarłem”

I całe szczęście, że jeszcze żyje! Phil Collins jest żartownisiem, który potrafi zaciekawić czytelnika od pierwszej strony książki. Dzięki jego autobiografii możemy dowiedzieć się ciekawych rzeczy nie tylko o nim samym, ale też o biznesie muzycznym czy historii muzyki. Bardzo mu zazdroszczę, że był świadkiem narodzin takich legend, jak Led Zeppelin czy Cream, co więcej miał później możliwość wystąpienia z tymi muzykami na jednej scenie. Oczywiście muzyka wymaga pełnego poświęcenia i nic dziwnego, że jego organizm tego nie wytrzymał. Całe szczęście Collins się nie poddaje, a pisząc książkę podejrzewam, że też rozliczył się z przeszłością i teraz nie patrzy na potwory z przeszłości, które mogły go ścigać przez te wszystkie lata. Powrócił na scenę i zagra w tym roku kilka koncertów. Niech żyje Phil Collins!

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.