Koncert The Black Queen w Warszawie

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×
foto: A. Degórska

foto: A. Degórska

Gdy pierwszy raz kumpel z pracy puścił mi krążek The Black Queen zatytułowany „Fever Daydream” pomyślałam sobie, że brzmi dobrze i na tym się skończyło. Jest to jedna z tych płyt, która przemówiła do mnie dopiero po jakimś czasie, ale gdy już się spodobała, to zaczęłam po nią naprawdę często sięgać.

The Black Queen to trzech facetów wykonujących ambitną elektroniczną muzykę z nutką mroku i seksapilu. Na wokalu udziela się frontman The Dillinger Escape Plan – Greg Puciato, który tym razem nie wydziera się wniebogłosy, tylko nonszalancko czaruje delikatnym wokalem, choć bywają momenty, gdy wyciągał głośno naprawdę wysokie nuty. W imperium czarnej królowej rządzą również Joshua Eustis znany ze współpracy z Nine Inch Nails czy grupą Puscifer oraz Steven Alexander były techniczny NIN.

Natłok obowiązków w pracy sprawił, że w piątek wpadłam do warszawskiego klubu Hybrydy kilka minut przed rozpoczęciem koncertu kapeli. Zespół całe szczęście wyszedł na scenę z opóźnieniem. Chyba pierwszy raz doceniłam brak świateł bezpośrednio skierowanych na wokalistę, dzięki czemu oświetlenie stworzyło tajemniczą i intymną atmosferę, co bardzo pasuje do twórczości The Black Queen. 

Pierwsze na co zwróciłam uwagę to elektryzujący wokal Puciato i jego kocie ruchy przy statywie mikrofonu. Razem z syntezatorowym tłem i szarpanymi strunami gitary było to naprawdę wykwintne połączenie, które smakowało wyśmienicie. W oczy rzucał się również Alexander, który był w swoim magicznym świecie wykonując niekontrolowane szamańskie ruchy i wywijając gitarą we wszystkie strony świata.

W tyle sceny znajdował się Joshua Eustis, który panował nad całą tą sytuacją przy konsoli, zaś z głośników wydobywały się mocne synthpopowe brzmienia. Zespół podkręcał tempo poprzez takie numery, jak „Ice To Never”, „That Death Cannot Touch” czy „Secret Scream”, który jest moim ulubionym kawałkiem z płyty. Muzycy potrafią również romantycznie pobujać podczas piosenek typu „The End Where We Start”. Na koncercie niesamowicie wybrzmiał „Distanced” – jest to nieprzyzwoicie erotyczna piosenka, w której ma się wrażenie, że Greg szepcze ci do uszka piękne słowa utworu.

Muzycy byli zdziwieni, że tyle osób przyszło na koncert, ale wśród publiczności oczywiście można było zauważyć fanów The Dillinger Escape Plan, choć nie brakowało słuchaczy, którzy po prostu lubią porządnie brzmiące mroczne syntezatory. Występ trwał niecałą godzinę, co w zasadzie było do przewidzenia, bo tyle też jest materiału na płycie zespołu. Niestety widz miał niedosyt po występie. Dziwi mnie, że artyści nie zdecydowali się na zagranie coverów czy numerów ze swoich innych muzycznych projektów. Zawiodłam się też, że po koncercie nie odbyło się after party, przez co ludzie wkrótce wyszli z klubu, do którego koło godziny 22 zaczęła przychodzić zupełnie inna publika na piątkową potańcówę.

Wracając późnym wieczorem do domu cały czas nuciłam utwór „Maybe We Should”. Jesienne melancholijne miasto nocą wygląda zupełnie inaczej, gdy w głowie ma się taki podkład muzyczny. Może jednak deszczową pogodę da się lubić?

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.