The Stubs i Baasch na New Neighborhoods Festival

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×
foto: A. Degórska

foto: A. Degórska

Całe szczęście, że pogoda we wrześniu dopisuje, więc grzechem jest siedzieć w weekend w domu. Lepiej zgarnąć przyjaciółkę i wybrać się na jakiś fajny koncert.

New Neighborhoods Festival to impreza, podczas której można było poznać islandzkich i polskich artystów. 20 sierpnia wydarzenie odbyło się w Reykjaviku, zaś 10 września w Warszawie. Na placu Defilad postawiono niewielką scenę, zaś druga znajdowała się w barze Studio.

Postanowiliśmy wybrać się na dwa występy – The Stubs i Baasch. Przyznam się, że kapelę The Stubs wcześniej nie znałam i wybrałam się w ciemno po tym, jak przyjaciółka powiedziała, że jest to całkiem niezłe gitarowe granie. Dosłownie od momentu, gdy pojawili się muzycy rozpętali prawdziwe piekło. Od razu pod sceną zebrała się całkiem liczna publika, która zaczęła skakać i wywijać biodrami. Dawno już nie widziałam takiej zgrai wariatów.

Wokalista po kilku numerach przedstawił zespół mówiąc po prostu, że grają rock’n'rolla. W zasadzie ich muzyka to rzeczywiście surowe granie z elementami bluesa, które momentami przypominało mi klimat Royal Blood. W zasadzie spodobał mi się ich luz i naturalność na scenie – wokalista nie przejmował się za bardzo, że włosy w muzycznym uniesieniu zasłaniały mu pół świata, a perkusista tak mocno grał na bębnach, że mało nie wybuchły.

foto: A. Degórska

foto: A. Degórska

Szkoda, że na scenie nie włączono świateł, zdjęcia moim małym aparatem fotograficznym wyszły nie zbyt dobrze. W tle wyświetlano wizualizacje i motyw płonącego ogniska idealnie pasowało do tego, co działo się na scenie. Po około 40 minutach wyłączono mikrofon wokaliście i zaczęto wyświetlać plan imprezy. Nie wiem dlaczego doszło do takiego zamieszania, ale w końcu znowu włączono aparaturę i kapela pożegnała się z nami kilkoma pikantnymi numerami, które spowodowały, że człowieka zaczęły boleć nogi od tego ciągłego skakania.

To była naprawdę ostra jazda bez trzymanki i mam nadzieję, że trafię jeszcze kiedyś na koncert tych szaleńców, bo warto czasem zapomnieć o całym świecie i wywijać pod sceną nie przejmując się za bardzo całą resztą.

Po takiej porządnej dawce mocnego grania obawiałam się, że melancholijne syntezatorowy Baascha nie przypadną do gustu mojej przyjaciółce, która woli mięsiste riffy. Byłam przekonana, że muzyk da dobry koncert, ale zdecydowanie przerósł on moje oczekiwania.

Pierwszy raz trafiłam na jego występ w 2014 roku, gdy grał jako support przed grupą Bokka. Już wtedy jego „syntezatorowe smutki” przypadły mi do gustu. Po płytę Baascha zatytułowaną „Corridors” sięgałam dosyć często i liczyłam na to, że koncert w małym barze Studio spowoduje, ze odlecę. Tak też było. Nie przeszkodziła mi w tym rekordowa temperatura w lokalu, w którym ewidentnie nie pracowała klimatyzacja. Powoli do baru przychodziło coraz więcej osób, zaś pod samą sceną zebrała się grupka fanów w koszulkach z logo muzyka. Nie spodziewałam się, że Baasch dorobił się już takich wiernych wielbicieli.

foto: A. Degórska

foto: A. Degórska

Koncert rozpoczął się od utworu „Crowded Love”, który w oryginale muzyk wykonuje z grupą Bokka. Dobrze, że na koncertach jest żywa perkusja, bo dzięki temu jego twórczość jest zdecydowanie bardziej dynamiczna. Cieszę się również, że Baasch postanowił nieco pobawić się z aranżacjami i zaprezentować remixy swoich numerów. Każda piosenka wprowadzała człowieka w trans i w momencie, gdy myślałeś, że już ta ekstaza się skończy Baasch podkręcał tempo i serwował nam kolejną dawkę muzycznej rozkoszy.

Odleciałam, nie przeszkadzał mi tłum, krople potu, który spływały mi po skroniach, czy rozlane piwo na nogi. Moja przyjaciółka również wciągnęła się w niesamowity syntezatorowy świat stworzony przez Baascha. Przez te 40 minut występu byłyśmy gdzieś indziej i powrót na ziemię był naprawdę dotkliwy. Jednak takie koncerty pozostaną jeszcze długo w pamięci.

Siedząc potem na zewnątrz i sącząc złoty trunek słyszałyśmy sample Úlfur Úlfur, ale w głowie nadal miałyśmy rozmarzony głos Baascha. To był kolejny udany wieczór wypełniony świetną muzyką, który spowodował, że ponownie pojawił się u mnie dylemat co jest lepsze – gitary czy syntezatory. Nie jestem w stanie na to jednoznacznie odpowiedzieć, zapewne artysta powinien znaleźć odpowiedni instrument, dzięki któremu może uwolnić te małe potworki w głowie. Czy jest to bas, gitara, syntezator czy konsola – to już chyba nie ma tak wielkiego znaczenia, bo liczą się prawdziwe emocje.

1 Komentarz

  1. Teoretycznie na koncerty chodzimy posłuchać, ale trzeba przyznać, że oświetlenie jest naprawdę ważne. Jego brak lub słaba jakość czasami potrafi popsuć odbiór koncertu. Niestety przy takim świetle niewiele można zrobić. Najważniejsze jednak, że dobrze się bawiłaś! :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.