Koncert Rammsteina we Wrocławiu

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×
foto: A. Degórska

foto: A. Degórska

Choć od występu Rammsteina minęło kilka dni to nadal żyję tym wydarzeniem i cały czas słucham industrialnego metalowego dudnienia. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że był to jeden z najlepszych koncertów, w którym uczestniczyłam – na drugi dzień ból w karku od łupania głową był niemiłosierny.

Rammstein zagrał 27 sierpnia 2016 roku w ramach festiwalu Capital of Rock we Wrocławiu. Tego samego dnia na scenie pojawili się OCN, Red, Gojira oraz Limp Bizkit. Niestety organizatorzy na tyle zawiedli, że nie tylko ja ciskałam gromami stojąc w niewiarygodnie długiej kolejce po napoje czy nie mogąc znaleźć swojego miejsca na trybunach. Co więcej Limp Bizkit wyszedł na scenę 15 minut przed czasem i z tego też powodu przegapiłam kilka początkowych numerów.

foto: A. Degórska

foto: A. Degórska

Amerykańska kapela jest na tyle eklektyczna, że nie wiem jak do tego podejść – niby mocniejsze gitary, ale nagle słyszysz elektroniczne dźwięki rodem z dyskoteki, wokalista zaczyna rapować, a obok stoi gitarzysta przebrany za trupa. Niemniej widzowie pod sceną szaleli na dobre i gdybym była w tym tłumie to na pewno nie wyszłabym z tego cała.

Na szczęście Rammstein jak na Niemców przystało zaczął zgodnie z planem. Już wraz z pierwszym wybuchem licznie zebrana publika dosłownie oszalała, a kapela przywitała nas nowym utworem „Ramm 4″, którego tekst składa się z tytułów wcześniejszych piosenek formacji.

Myślałam, że kapela niczym mnie nie zaskoczy – już od ponad miesiąca oglądałam koncertowe nagrania zespołu, wiedziałam zatem, że w pierwszym utworze Till Lindemann będzie stepować i rzuci cylindrem, który wybuchnie. Mimo to opadła mi szczęka, gdy zobaczyłam industrialne show Niemców. Jest to na tyle efektowne i ogromne metalowe przedstawienie, że naprawdę należą się wielkie brawa dla ekipy Rammsteina. Jakim cudem nikt i nic się nie zapaliło – tego nie wiem, choć ponoć mikrofon gitarzysty Richarda Kruspe’a poszedł z dymem.

foto: A. Degórska

foto: A. Degórska

Setlista oczywiście w tej trasie nie ulega większym zmianom. Widzowie usłyszeli takie hity, jak „Reise, Reise”, „Keine Lust” czy „Feuer Frei!”. Natomiast podczas numeru „Seemann” fani postanowili stworzyć polską flagę dzięki ekranom swoich telefonów. Na płycie pojawiły się czerwone światełka, na górze zaś jasne. Choć tych czerwonych było zdecydowanie mniej to mimo wszystko widok był niesamowity, gdy podczas jedynej ballady tego wieczoru cały stadion się zjednoczył. Przestałam wówczas złościć się na sąsiadów, którzy siedzieli sztywno na swoich miejscach i nawrzeszczeli na mnie, gdy wstałam, by poskakać. W tej sytuacji podziękowałam sąsiadom i stałam na schodach, gdzie mogłam bez ograniczeń łupać głową i się powydzierać. Nie było to najwygodniejsze miejsce, ale nie byłam w stanie wysiedzieć na miejscu.

Podczas „Ich Tur Dir Weh” wokalista postanowił wyżyć się na klawiszowcu i panowie pokazali swoją dobrze znaną sztuczkę z wanną. Choć widziałam to już kilka razy na nagraniach to na żywo prezentuje się naprawdę zjawiskowo.

Mogłabym napisać całe wypracowanie, gdybym chciała kolejno wymieniać, w którym utworze jakie pojawiały się efekty. Raca przymocowana na wysokości serca Lindemanna, rękawy gitarzystów, z których buchał ogień, płomienie na środku stadionu rozgrzewające publiczność do czerwoności. Jakim cudem muzycy znoszą tę temperaturę, czy nie mają po tym show oparzeń – to nadal pozostaje dla mnie niewyjaśnioną zagadką.

foto: A. Degórska

foto: A. Degórska

Również muzycznie artyści pokazali, że nie mają sobie równych. Gitarowa ściana, która wraz z rozpoczęciem kolejnego utworu dosłownie uderzała w słuchacza mogła zabić. Zresztą już na samym początku show stwierdziłam, że jestem w piekle i chcę, żeby płomienie Rammsteina pochłonęły mnie w całości. 

Tego wieczoru nie zabrakło evergreenów typu „Ich Will” czy „Du hast”. Moja depeszowska dusza dosłownie płakała ze szczęścia, gdy Rammstein zaczął grać cover Depeche Mode „Stripped”. Połączenie ostrych gitar z elektronicznymi elementami oraz grubym głosem Tilla brzmi naprawdę bosko.

Oczywiście kapela miała wcześniej już w planach bis, którym postawiła kropkę nad „i”. Usłyszeliśmy zatem utwory „Sonne”, „America”, podczas którego pojawiły się światła w kolorach amerykańskiej flagi, zaś Flake został zbombardowany cekinami. Zespół pożegnał się utworem „Engel”. Till zamienił się w upadłego anioła, a z jego skrzydeł buchał ogień. Kapela podziękowała fanom klękając na kolano, a ja nie chciałam uwierzyć, że to już naprawdę koniec.

Na koncercie był mój znajomy, który chętnie sięga po łagodniejsze brzmienia. Jednak show zrobiło na nim piorunujące wrażenie – zarówno pod względem muzyki, jak i wizualizacji. To dobrze świadczy o poziomie zespołu, skoro nawet ich antyfan świetnie bawił się na koncercie. W moich głośnikach cały czas słychać Lindemanna i długo jeszcze będę żyć tym koncertem. Już obiecałam sobie, że koniecznie muszę się wybrać na ich występ w najbliższej przyszłości. Kapela rozpoczęła prace nad nowym albumem, zatem nie powinnam zbyt długo czekać na kolejną trasę koncertową.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.