Queen – Innuendo

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

queen_innuendo_wallpaper_by_eladministrador-d5n2t7mGdy po raz pierwszy usłyszałam ten album, pomyślałam sobie, że jest to pożegnanie, a śmierć już czyha z kosą za rogiem. Nie dziwię się więc, że „Innuendo” to taka teatralna, majestatyczna płyta dopięta na ostatni guzik. Freddie zawsze dawał z siebie wszystko, tym bardziej, gdy wiedział, że jego dni są policzone.

Świadomość, że był to ostatni krążek powstały za życia Mercury’ego przeszkadzała mi w obiektywnej ocenie albumu. Rzadko po niego sięgałam, bo miałam do niego niechęć spowodowaną osobistymi pobudkami. Dopiero po latach „dorosłam” do tego, by obiektywnie ocenić jego walory. Queen zawsze kojarzył mi się z królewskim dostojeństwem. Teraz mogę z pełną świadomością stwierdzić, że kulminacją tego stał się właśnie krążek „Innuendo” – piękny w swoim eklektyzmie, majestatyczny i teatralny. Zresztą już sama okładka mówi nam na wstępie, czego możemy się spodziewać po tym albumie – życie to jeden wielki spektakl.

Krążek rozpoczyna się od tytułowej kompozycji – szalony marsz, pełen dostojeństwa i emocji. Świetnym wtrąceniem w tym utworze jest flamenco wykonane przez gitarzystę Yes – Steve’a Howe’a, zaś wisienkę na torcie stanowi solówka Maya, który wykonuje dokładnie tę samą sekwencję, ale na swojej Red Special.

Następnie mamy schizofreniczny ,,I’m Going Slightly Mad’’ – mój faworyt na tej płycie. Ironiczny kawałek niczym z horroru w pełni oddaje stan, w którym Freddie znalazł się w ostatnich latach swego życia. Do utworu powstał bardzo ironiczny teledysk – mój ulubiony – przy którym nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Jest to czarna komedia, w której można podziwiać aktorstwo Freddiego – pełnego dumy i szaleństwa.

,,Headlong’’ natomiast brzmi już bardziej typowo dla Queen – jest ostro, z werwą. Piosenka daje niezłego powera za sprawą mocnej perkusji, agresywnego riffu gitarowego i energetycznego wokalu Freddiego. Następnie mamy „I Can’t Live With You”, gdzie gitara brzmi zadziornie, ale ten numer jest zdecydowanie bardziej cukierkowy niż jego poprzednik.

„Don’t Try So Hard” to utwór chwytający za serce, pełen żalu i zrezygnowania. W aranżacji dominuje syntezator, który nieco przypomina charakterem klimat „Who Wants To Live Forever”. Na pocieszenie po tym smutnym numerze wybrzmiewa „Ride The Wild Wind”. Jeśli mamy jakiś kawałek Queen o samochodach, prędkości i wyścigach, to musi on być autorstwa Rogera Taylora, zapalonego fana motoryzacji. Utwór świetnie oddaje dynamikę jazdy autem, jest energetyczny i z „pieprzem”.

Zespół już nieraz udowodnił, że nie zna żadnych muzycznych granic. Co za tym idzie, jego płyty zawsze były dosyć eklektyczne, za co ich bardzo szanuję. Tak więc „All God’s People’’ zaczyna się jak numer gospel, potem słychać w nim nawiązania do afrykańskich rytmów, by następnie poromansować z bluesem. Numer początkowo miał się znaleźć na albumie Freddiego z Montserrat Caballe, ale ostatecznie stało się inaczej. Wiele się w tym kawałku dzieje i słowami ciężko to opisać. Queen nigdy nie był skromny, a ten utwór udowadnia, że lubił tworzyć numery na bogato.

Na albumie nie zabrakło również i bardziej intymnych momentów, jak chociażby „These Are The Days Of Our Lives’’. Roger Taylor napisał tę piękną balladę obserwując swoje dzieci, chcąc oddać pewną melancholię i tęsknotę za przemijającym czasem. Do tego numeru powstał ostatni teledysk z udziałem Freddiego. Tona makijażu nie pomogła, by zakryć objawy choroby na jego twarzy. Tym razem klip jest bardzo statyczny i spokojny, cała uwaga skierowana jest na muzykę, głos Mercury’ego i na piękną solówkę gitarową, przy której zawsze mam dreszcze. Ostatni zwrot w tym utworze „I still love you” nabrał nowego wymiaru po tym, jak świat obiegła wieść o śmierci wokalisty.

Freddie miał słabość do kotów, twierdził, że tylko im można ufać. W końcu skończyło się na tym, że napisał jeden numer o pewnym wrednym czworonogu, który wabił się „Delilah”. Perkusista nie lubi tego utworu, bo jest słodziutki i trzeba mu przyznać rację. Całe szczęście utwór jakoś się obrania poprzez muzyczne smaczki, jak chociażby dźwięk Red Special, który tak łudząco przypomina miauczenie kota. Tuż po tym jak pogłaskaliśmy zwierzaka, do akcji wkracza płatny morderca, w rolę którego wciela się Freddie. Zawrotna perkusja, mocny riff gitarowy i dużo mocy – tak w skrócie można opisać to, co dzieje się w „The Hitman”.

Zawsze ilekroć kogoś chcę zaznajomić z muzyką Queen, nie polecam radiowych hitów, tylko mniej znane perełki, które dosłownie powalają z nóg. „Bijou” jest właśnie taką kompozycją. Przy syntezatorowym akompaniamencie słyszymy tylko nieziemską improwizację Briana i jest to naprawdę coś boskiego. Freddie śpiewa dosłownie kilka linijek, ale robi to tak piorunujące wrażenie, że ciężko po tej kompozycji dojść do siebie. Tym bardziej, że tuż po niej mamy „The Show Must Go” – potężny utwór, w którym zainspirowano się kompozycją Johanna Pachelbela. Ten numer to pożegnanie Mercury’ego, w jego głosie słychać, że walczy o każdą minutę życia. Niestety koniec był bliski. Przedstawienie dalej trwa, ale bez Freddiego nie ma zabawy…

„Innuendo” jest w pewnym sensie „tragicznym” albumem, pełnym skrajnych emocji, płytą, którą wokalista mówi do widzenia. Ale mam wrażenie, że był dumny, z tego co osiągnął. Wkładał on całe swoje serce w to, co robił i czuć to w każdym utworze na tej płycie. Queen był u szczytu swoich możliwości. Niejednokrotnie historia pokazała, że cierpienie to najlepsza wena twórcza, a „Innuendo” jest tego smutnym potwierdzeniem.

2 Komentarze

  1. Klip do „I’m Going Slightly Mad” rzeczywiście, bardzo dobry, ale przygnębia mnie oglądanie schorowanego Freddiego. Chcę go pamiętać takiego, jak z montażu „The Show Must Go On”, jako pełnego energii performera porywającego tłumy.
    Pozdrawiam. :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.