Coldplay – A Head Full of Dreams

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

coldplayW listopadzie 2015 roku w Londynie pojawiły się tajemnicze plakaty, na których widniał symbol kolorowych przecinających się okręgów i data 4 grudnia 2015. Plotki głosiły, że to oznacza pojawienie się nowego albumu Coldplay. Tak się też stało. Album zdobi właśnie ten wielobarwny motyw i trzeba przyznać, że graficy naprawdę się postarali. Muzycznie natomiast płyta „A Head Full of Dreams” jest (hmm hmm) „radiowa” – ot ładne melodie, które lecą w tle, jako podkład muzyczny w sklepie, w drodze do pracy, czy podczas kolacji. Nie należy się spodziewać po tej płycie jakiś muzycznych uniesień, bo nie jest to wybitne dzieło Coldplay, ale też nie można ich zganić, bo niektóre piosenki są w porządku.

Album otwiera tytułowy numer – pocieszny i chwytliwy, który wprowadza nas w marzycielski świat. „Birds” to już „chłodniejszy” utwór, który powolutku się rozwija. Martin najpierw śpiewa jakby do ucha słuchacza, by potem dać się już ponieść emocjom. Na upartego też można przy tym zatańczyć. Natomiast za każdym razem, gdy słucham „Hymn for the Weekend” zastanawiam się, co tu robi Beyonce. Ta piosenka jest zdecydowanie bardziej w jej stylu – mocny bit r&b i refren typu zacinająca się płyta nie pasuje mi jakoś do muzycznego wizerunku Coldplay. Zapewne zdecydowano się na tę współpracę, no bo w końcu to Beyonce – chwyt marketingowy jak znalazł.

Osobiście wolę Coldplay w „smutnym” wydaniu balladowym. Dlatego też „Everglow” przypadł mi do gustu. Tutaj na plan pierwszy wysuwa się pianino i głos Martina. Znowu mamy bardzo intymny klimat i ten utwór zwrócił moją szczególną uwagę. Po prostu dobrze jest zatrzymać się na moment i posłuchać tej ładnej piosenki.

„Adventure of a Lifetime” jest pierwszym singlem z albumu i był to trafny wybór – taneczny i pogodny kawałek wpadający od razu do ucha z radiowym potencjałem, z resztą numer wybrzmiewa tu i ówdzie, więc każdy chociażby raz dziennie musi go usłyszeć. Chris Martin chciał stworzyć jakiś numer z riffem podobnym do tego z „Sweet Child O’ Mine”. Jonny Buckland w końcu taki wymyślił i został on wykorzystany właśnie w tym singlu. Nie wiem, co na to Slash, ale w mojej ocenie, trochę im daleko do Guns N’ Roses.

„Fun”, gdzie słyszymy również Tove Lo, byłby nawet fajnym lirycznym utworem, ale refren jest zbyt infantylny, a słodziutki głos wokalisty, to już lukier w nadmiarze. Natomiast w „Kaleodoscope” przy akompaniamencie pianina słyszymy tajemniczy monolog. Numer jest dosyć intrygujący i szkoda, że nie ma więcej takich ciekawostek na płycie. Chociaż w piosence „Army of One”, który zaciekawia chociażby motywem organów w tle, od połowy rozpoczyna się „ukryty” numer w klimacie r&b – „X Marks the Spot”. Takie niespodzianki lubię.  

Następnie mamy znowu romantyczny numer „Amazing day”, 1-minutowy „Colour Spectrum”, gdzie przy rozmytym tle muzycznym pobrzmiewa cicho gdzieś w tle wokal Beyonce i zamykający album numer „Up&Up” – pogodny i melodyjny.

Podsumowując, jest na albumie parę ciekawych momentów, ale też mdłych utworów, które nie mają w sobie żadnej głębi. Coldplay nadal tworzy ładne melodie, ale jego tajemnicze i ponure oblicze bardziej mnie zaciekawia, niż pocieszne piosenki, choć akurat singiel uważam za udany, choć bardzo, ale to bardzo komercyjny. Na słabą czwórkę z dużym minusem się zbierze. Liczę jednak, że kapela stworzy jeszcze dzieło, gdzie pojawią się piosenki na miarę chociażby „The Scientist”, który wywołuje ciary na ciele.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.