Duran Duran – Paper Gods

paper godsDawno, dawno temu nie lubiłam Duran Duran. „Zgrzytające” chórki Simona Le Bona po prostu drażniły moje ucho. Niechęć do tego zespołu ustąpiła dopiero, gdy „wgryzłam” się w ich legendarny już krążek Rio, który uplasował zespół w czołówce wykonawców w latach 80. Chwytliwe piosenki, takie jak tytułowe „Rio” czy „Hungry Like A Wolf” to utwory, którym nie sposób się oprzeć, choć mają już trochę lat. Los sprawił, że pisząc w tym roku magisterkę na temat muzyki new wave, nie mogłam nie wspomnieć o Duran Duran. Jeden z najpopularniejszych przedstawicieli new romantic oraz drugiej brytyjskiej inwazji, to dobry zespół pod każdym względem. Ich taneczne brzmienie ze świetną linią basu, elementami funku, elektronicznymi ozdobnikami i energetycznym wokalem Simona Le Bona sprawiło, że stali się ciekawym zespołem, który szybko zdobył listy przebojów. Trzeba również wspomnieć o ich kolorowym image’u, ładnych buziach i rewolucyjnych klipach jak na tamte czasy. To właśnie Duran Duran jako pierwsi nagrali „egzotyczne” teledyski w Sri Lance i jak na lata 80., czyli złoty okres MTV, było to rewolucyjne novum. Ciekawy wizerunek stał się ich rozpoznawalną cechą, przy czym odnoszę wrażenie, że właśnie przez to muzyka zespołu zeszła na drugi plan. Duran Duran jest chyba trochę niedoceniony pod tym właśnie względem, a szkoda, bo przez tyle lat stworzyli naprawdę smakowity melodyjny kąsek w postaci synth-popu. Choć były w ich karierze i słabe momenty, jak np. krążek Red Carpet Massacre zespół ten nie boi się muzycznych poszukiwań i to się chwali. Muzycy nadal chcą być na topie, dlatego też na ich najnowszym albumie Paper Gods starali się „odświeżyć” swoje brzmienie zapraszając do współpracy przedstawicieli młodszego pokolenia, takich jak Mark Ronson, Kiesza, Janelle Monáe, Mr Hudson czy John Frusciante (Red Hot Chili Peppers). Miało to również na celu zachęcenie młodszych słuchaczy do sięgnięcia po ten krążek.

Czytaj dalej