Lenny Kravitz – Strut

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

strut

Czy Lenny Kravitz w ogóle się starzeje? Nowy, dziesiąty krążek zatytułowany ,,Strut” ocieka seksem aż miło. Goła klata Kravitza na okładce płyty pokazuje, że będzie zadziornie i erotycznie. Oczywiście i tym razem muzyk zagrał prawie na wszystkich instrumentach. Jedynym gościem na albumie jest gitarzysta Craig Ross. W wywiadach Kravitz przyznawał się do powrotu do swoich korzeni i rzeczywiście nowy krążek bardzo przypomina twórczość z początków kariery muzyka.

Płyta jest pełna dobrego rocka, funku, momentami przeplatającego się z bluesem. Większość kompozycji to niegrzeczne hity zachęcające do grzechu, jak chociażby ,,Sex”, gdzie już sama nazwa piosenki daje nam znać, że będzie gorąco. I rzeczywiście utwór dobrze kołysze przy akompaniamencie brudnego riffu gitarowego i mocnego, funkowego basu. Natomiast singiel ,,The Chamber” brzmi oldschoolowo. Skoczny bas znowu powoduje, że tupiemy nóżką, zaś niezwykle seksowny teledysk dodaje jeszcze więcej pieprzu do tego i tak już dosyć pikantnego dania.



Moim faworytem jest ,,New York City”. Bas świetnie buja, a do tego dochodzi flirtujący, nieco arogancki wokal Kravitza i melodia, która od razu wpada w ucho. Najbardziej ostrym kawałkiem na krążku jest ,,Strut” z zadziorną gitarą, krzykliwym wokalem i mocną perkusją. Świetnie brzmi tutaj solo gitary, które swoim stylem przypomina trochę grę Jacka White’a. Na płycie znajdziemy również ballady, takie jak ,,The Pleasure And The Pain” czy ,,She’s A Beast”, które choć są spokojniejsze, niepozbawione są tego żaru w wokalu Kravitza. Trzeba przyznać, że Lenny brzmi w każdym utworze inaczej, czuć w jego głosie niezwykłą energetykę.

Całkiem fajnie buja piosenka ,,Frankenstein” z ciekawą sekcją rytmiczną, świetnym chórkiem i wirtuozerskim solo saksofonu. Kravitz tak przekonująco śpiewa: „I need love”, że aż chce mu się pomóc w tej jego niedoli! Natomiast ,,I’m A Believer” to powrót do starego, dobrego rockandrolla, młodzieńczego i zbuntowanego. Brakuje tylko kabrioletu i młodych dziewczyn na siedzeniu. ,,Happy Birthday” to niegrzeczny blues z niezbyt wyszukanym tekstem. Bluesowe oblicze ma również kawałek ,,I Never Want To Let You Down”, zdecydowanie spokojniejszy od poprzednika, ale świetnie nadający się do przytulania na randce. Album zamyka cover The Miracles – ,,Ooo Baby Baby” z 1965 roku, który brzmi znowu oldschoolowo i troszeczkę ckliwie.

Lenny Kravitz kroczy swoją muzyczną ścieżką, jest niezależny i zbuntowany. Multiinstrumentalista, producent, a teraz również właściciel swojej własnej wytwórni muzycznej – Roxie Records. Zawsze był typem amanta, który robi to, co mu się rzewnie podoba, i jeśli chodzi o muzykę, wychodzi mu to rzeczywiście całkiem dobrze. Albumem ,,Strut” powrócił na szczyt. Jest to zmysłowy krążek, przy którym chce się grzeszyć. Rytmiczna i funkowa płyta zachęca do seksownego kołysania biodrami. Wszystko to jest przyprawione wokalem Kravitza, w którym czuć niezwykły pokład energii i młodzieńczości. Muzyka będziemy mogli podziwiać w Łodzi już 3 listopada. Grzech nie pójść na ten koncert, bo zapowiada się diabelsko dobre widowisko.

Recenzję możecie również przeczytać na portalu SoundUniverse

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.